ALPY 2013

WYPRAWA ROWEROWA

Przełęcz Lautaret (fr. Col du Lautaret; 2058 m n.p.m.) stanowi połączenie pomiędzy doliną rzeki Romanche na zachodzie a doliną rzeki Guisane na południowym wschodzie.

W mieście  Briançon panował duży ruch samochodowy od czego zdążyliśmy się odzwyczaić, dlatego zjeżdżamy za miastem na równoległą, trochę pagórkowatą drogę, ale za to zupełnie pustą. Słonko ładnie przygrzewa, humory dopisują, ale zmęczenie daje znać o sobie. W spacerowym tempie pokonujemy kolejne kilometry. Tym razem trasa zupełnie bez zakrętów, miarowo nabieramy wysokości. Boczna równoległa droga po pewnym łączyły sie z główną wiodącą na przełęcz , ale ruch samochodowy zdecydowanie osłab. Robimy sobie przerwę na mostku nad wyschniętym potokiem obserwując pasące się owce swobodnie buszujące po jezdni, skutecznie blokują przejeżdżające pojazdy.




Kręcę krótki filmik, bo widoki są niesamowite. Po dwóch godzinach pedałowania zbliżamy się do przełęczy, końcówka pod tunelem odkrytym z jednej strony, po wyjeździe z niego w końcu pojawiają się serpentyny . Po prawej na zboczu wzgórza mijamy zamknięte wjazdy do tuneli, kiedyś zaczęto ich budowę, ale widocznie nie dokończono.


Na przełęczy mnóstwo ludzi, jest też małe targowisko, można nabyć pamiątki. Proszę napotkaną osobę o zrobienia nam wspólnego zdjęcia z Leonem. Mozolne wspinaczki na dziś dobiegły końca. Zjazd wyszedł nam całkiem nieźle, nabraliśmy wprawy, zakręty pokonujemy z coraz większą prędkością, ale trzeba być czujnym. Mijamy kolejne miasteczka, w kawiarniach przy piwku dziesiątki kolarzy, lecz przy Leonie taki postój jest nie możliwy, trzeba obejść się smakiem. Przy drodze tablica świetlna informuje, że za dwa dni będzie tędy przejeżdżał tegoroczny Tour de France. Dobrze, że jesteśmy tutaj wcześniej, ominęły nas kłopoty z tym związane, czyli zamknięte drogi i długie objazdy.

PROFIL PODJAZDU

 





Trasa się w końcu wypłaszcza, biegnie wzdłuż jeziora du Chambon. Za miasteczkiem Le Freney-D'Oisans zaczynamy się rozglądać za miejscem do spania. Z lewej strony przepaść, z prawej wysokie skały. Musieliśmy sporo ujechać, by w końcu zatrzymać się w zatoczce przeznaczonej na parking. Trochę powyżej rozciągała się mała łąka na której się rozbiliśmy. Słonko jeszcze wysoko było na niebie, więc rozciągnąłem się na materacu i zacząłem opalać. Nareszcie wyprostowane nogi. W nocy stwierdziłem, że muszę jeszcze bardziej wypocząć i nie mam ochoty na dalsze wspinaczki. Poinformowałem Leona rano, że się chwilowo rozdzielamy, spotkamy się gdzieś na trasie za Alpami, których miałem serdecznie dość . Mój kompan kontynuował zaplanowana marszrutę zdobywając kolejne przełęcze, ja zaś postanowiłem zjechać do Grenoble, zrobić koło wokół Alp i potem się z nim spotkać.


 Wydawało mi się, ze Grenoble leży w górach , tymczasem jechałem, jechałem i jechałem w dół, aż znalazłem się na wysokości 200m, ponad 2 km niżej niż byłem jeszce o poranku. Miasto ładne, ścieżki rowerowe po bokach jezdni. Kręciłem sobie powoli, gdy zobaczyłem mój ulubiony sklep Lidl, nie omieszkałem zrobić porządnych zakupów. Wkrótce potem dotarłem do miłego ustronnego placu zabaw, gdzie na ławeczce trochę się posiliłem i dopadło mnie niesamowite znużenie, wywołane chyba zmianą ciśnienia atmosferycznego. Położyłem się więc wygodnie i z godzinkę drzemałem, co za błogi spokój, nigdzie mi się nie śpieszy. Potem ruszyłem wolno przed siebie, rozmyślając nad samotnym losem podróżnika. Na przedmieścia Chambery znalazłem opuszczony ogród, uporządkowałem miejsce pod namiot i już o 17 godzinie byłem w śpiworze. Musiałem odleżeć te wszystkie przełęcze i wylany na nich pot. Wypoczywałem i nabierałem sił, jednak ciągle studiowałem mapę, dociekając w którym miejscu dołączyć do Leona. Na jego prośbę oddałem mu mój aparat fotograficzny, żeby mógł  upamiętnić swój wyczyn w Alpach, więc sam nie mogłem juz zrobić żadnych zdjęć.




Następnego dnia trochę błądziłem by wyjechać z miasta, wszędzie drogi szybkiego ruchu i zakaz poruszania się rowerów, jednak w końcu się udało, wjechałem na drogę D914. Miło bo płasko, ale do czasu. Jezioro du Bourget mijałem ze złej strony, po lewej stronie droga prowadziła na wysokie wzgórza i zawędrowałem na wysokość 640m, znowu były małe serpentyny. Duch Alp postanowił mnie nie opuszczać, zwłaszcza, że z góry widziałem druga stronę jeziora i drogę biegnąca przy samym brzegu, tam było zupełnie płasko. Rekompensatą był kolejny długi zjazd, po pewnym czasie dotarłem do drogi, którą ponad miesiąc temu jechałem w przeciwna stronę do Barcelony. Nawet duży market Auchana , był w tym samym miejscu co dawniej, więc udałem się na kolejny „shopping”. Droga wiodła do Genewy, nocleg planowałem w miejscu sprawdzonym, gdzie już nocowaliśmy, czyli za miasteczkiem Le Cote w lesie, obok stadniny koni. Aby tam dotrzeć trzeba się jednak było znowu trochę powspinać, od miejscowości Frangy zaczynają się znane mi już długie podjazdy, ale taki już ten los.
Nazajutrz dotarłem do Genewy, tym razem jezioro Leman mijałem z drugiej strony należącej do Francji. Plan powstał taki, że dotrę do miejscowości Sion, przez którą będzie przejeżdżał mój kompan. Zdzwoniliśmy się i okazało się, że ma jednodniowe opóźnienie, więc zatrzymałem się nad miłą rzeczką w Massogex i poświęciłem czas na leniuchowanie. Wkrótce namiot rozbiłem w krzakach obok.




Rano okazało się, że obok był warsztat samochodowy i właściciel wcześnie rano zaczął już urzędować. Musiałem trochę się przyczaić, by opuścić niepostrzeżenie to miejsce. Do Sion miałem 30km więc się nie spieszyłem, teren zupełnie płaski, dolina miedzy pasmami gór. Na miejscu usiadłem na ławce przy małym osiedlu i zacząlem czekać. Trwało to 5 godzin zanim zjawił się Leon, porządnie się wynudziłem. Przyjechał w dobrej formie, a walczył z niezłymi górkami. Przed dalszą drogą zrobiliśmy zakupy, pomimo, że ceny w Szwajcarii przeprawiają o ból głowy. Konserwa rybna szproty 5 euro, a chleb 3,5 euro, ludzie jak żyć ?. Pedałowaliśmy wspólnie drogą wzdłuż koryta rzeki La Rhone, Leon opowiadał ile wylał potu na górskich przełęczach. Końcówka dnia, a my nie możemy znaleźć miejsca na nocleg. W desperacji wjeżdżamy na zaplecze warsztatu samochodowego, wydającego się na zamknięty. Z tyłu ładny placyk , jest stół i krzesła. 


Zaczynamy biesiadę przed udaniem się na spoczynek, spokój zakłóca pani wyprowadzająca psy. Miło się uśmiechała, ale musiała nas „ zakablować „ bo wkrótce zjawiają się właściciele, a namioty już rozbite i my w środku. Coś tam "pobuczeli" pod nosem, ale dali nam spokój, noc przeszła spokojnie.


  

| FORUM | WIĘCEJ O NAS | DO GÓRY
Copyright © 2011 --- GOŚCI NA STRONIE :


“Teraz jestem duży i wiem, że w życiu piękne są tylko chwile" DŻEM

Góry wysokie co mi z wami walczyć każe ......